1. Szanse są jak płatki śniegu, to od ciebie zależy czy je złapiesz
Czy zastanawiałeś się jak w życiu wykorzystać swoje „życiowe szanse”? I co to tak naprawdę oznacza? Jeszcze na studiach prowadziłem sklep spożywczy i klub bilardowy, wydawało by się, że dziś powinienem być co najmniej właścicielem kilku sklepów, nie mówiąc już o sieci! Jednak, o ile mi wiadomo, nie jestem. Potem miałem dobre doświadczenia z giełdą papierów wartościowych. Na początku jak wszyscy stałem w kolejkach do różnych banków, aby kupić akcje debiutujących spółek. Pamiętam ile radości przyniosły mi pierwsze pieniądze zarobione na „Domplaście”, „Banku Śląskim” czy kilku innych spółkach. Już prawie miałem być polskim Warren’em Buffetem, gdy jednak sporo straciłem i praktycznie zatrzymałem wszelkie inwestycje. Potem trochę odbudowałem swój portfel, jednak mój zapał wyparował, a w tamtym czasie zaczęło mnie fascynować coś innego.
2 - pozostanie na służbie i aplikowanie do szkoły oficerskiej
3 - powrót na studia prawnicze, jak chciała mama
4 - zrzucenie munduru i wyjazd do wybranego kraju (przez rzut kostką), aby uczyć angielskiego na 3 lata
5 - zatrudnić się jako kapitan lub drugi oficer na statku handlowym (mam uprawnienia)
2. Kawa i szarlotka
3. Kawa
4. Poproszę o wrzątek
5. Stawiam kawę, pierwszej osobie jaka wejdzie do kawiarni

![]()
#Szansa, #KsiążkaSzansa, #Szansanasukces, #Szansażyciowa, #BrianTracy,
Autor: Andrzej Kochanek 4VALUE
Przepis na szansę, strategia na sukces STOP-LOOK-GO!®

Czy zastanawiałeś się jak w życiu wykorzystać swoje „życiowe szanse”? I co to tak naprawdę oznacza? Jeszcze na studiach prowadziłem sklep spożywczy i klub bilardowy, wydawało by się, że dziś powinienem być co najmniej właścicielem kilku sklepów, nie mówiąc już o sieci! Jednak, o ile mi wiadomo, nie jestem. Potem miałem dobre doświadczenia z giełdą papierów wartościowych. Na początku jak wszyscy stałem w kolejkach do różnych banków, aby kupić akcje debiutujących spółek. Pamiętam ile radości przyniosły mi pierwsze pieniądze zarobione na „Domplaście”, „Banku Śląskim” czy kilku innych spółkach. Już prawie miałem być polskim Warren’em Buffetem, gdy jednak sporo straciłem i praktycznie zatrzymałem wszelkie inwestycje. Potem trochę odbudowałem swój portfel, jednak mój zapał wyparował, a w tamtym czasie zaczęło mnie fascynować coś innego.
Gdy sprzedałem sklep i klub bilardowy, zacząłem pracować dla dużych organizacji, gdzie znalazłem swoją pasję w zarządzaniu. Od początku też starałem się monitorować to co dzieje się na rynku biorąc regularnie udział w różnych konferencjach, nie tylko branżowych. Pewnego razu wybrałem się na wydarzenie dotyczące inwestowania, na którym zaplanowano krótkie sesje networkingowe. Polegało to na tym, że uczestnicy ustawiali się w dwóch rzędach naprzeciwko siebie. Każda para miała dwie minuty na to, aby krótko się przedstawić i opowiedzieć o sobie, czym się zajmują, jakie inwestycje poczynili i co polecają. Gdy czas minął rozlegał się cichy gong, kolejny uczestnik opowiadał o sobie i przechodziliśmy dalej. Było to także okazją do wymiany wizytówek i kontaktów. Wśród uczestników sporo było właścicieli firm, osób inwestujących w giełdę, w nieruchomości, jednak w tamtym czasie na tle wszystkich wyróżniała się jedna grupa. Nie przesadzę, gdy powiem, że co piąta osoba mówiła tak: „Nazywam się Marek, jestem niezależny finansowo, zrobiłem to na Bitcoin’ie, dziś … doradzam innym jak to zrobić”. I z reguły były to młode osoby najwyżej trzydziestoletnie. Pomyślałem „What The Fuck”, dlaczego nikt mi o tym nie powiedział! Oczywiście czytałem o kryptowalutach wiele razy, jednak nigdy nie pomyślałem o tym, aby w nie zainwestować.
Pamiętam też jak kilku znajomych w tamtych czasach brało udział w pojawiających się piramidach finansowych, od których konsekwentnie trzymałem się z daleka. Tak zdałem sobie sprawę, że podejście do ryzyka, wykorzystania szans, nawet to jak myślimy o sukcesie, czy zdobywaniu pieniędzy, jest ściśle związane z naszą osobowością, tym jak patrzymy na świat, jakie mamy cele i co chcemy osiągnąć?
Im więcej ryzykujesz tym więcej możesz wygrać, ale również stracić. Szanse są czasami jak płatki śniegu, możesz je ignorować, możesz łapać, a czasami łączyć by najlepiej na końcu wywołać efekt „kuli śnieżnej”, co świetnie wykorzystał kolejny bohater którego spotkałem.
Gdy świat wszedł w nowe milenium, czyli po roku 2000, pracowałem już dla dużych firm. Wtedy też spotkałem Filipa, który był doradcą pracującym w owym czasie dla jednej z największych firm consultingowych. Właściwie podczas naszej pracy nigdy się nie chwalił co robi, a jak się okazało od początku wszystkie pieniądze inwestował systematycznie w nieruchomości. Kupował mieszkania, remontował i sprzedawał, aby z czasem zbudować podstawę swojego kapitału. W krótkim czasie został właścicielem prawie 50 mieszkań na wynajem, które stały się fundamentem jego firmy – zarządzania nieruchomościami. Dziś zarządza już kilkoma tysiącami mieszkań w całej Polsce.
Wiele razy w swoim życiu minąłem się z dużymi okazjami. Niektóre były jak impulsy, rodzaj „szybkiej okazji”, na które nie zwróciłem uwagi. Inne zaś wyglądały jak wielki tankowiec powoli przepływający tuż obok mnie, jednak z różnych przyczyn nie byłem na nie gotowy! Tak właśnie było z nieruchomościami.
Cóż, nie wszystkie szanse jesteśmy w stanie wykorzystać. Sam uświadomiłem sobie, że z jednej strony nie interesują mnie tzw. „łatwe okazje”, z drugiej mam dużo satysfakcji w tworzeniu czegoś od podstaw na co mam wpływ. Dostrzegasz jakąś szansę biznesową lub życiową, zaczynasz działać, poznajesz zasady, budujesz strategię i przy zachowaniu określonej determinacji i konsekwencji, osiągasz sukces. To również ścieżka większości przedsiębiorców, którzy zrealizowali zwycięsko swoje wizje. Zauważyłem, że takie historie są mi bliższe. Nie znaczy to, że czasami nie wypełniam kuponu Lotto, gdy ogłaszają jakąś spektakularną kumulację. Warto szczęściu dać szansę, jednak wolę ścieżkę posadowioną na własnych doświadczeniach, eksperymentowaniu, konsekwencji w połączeniu z otwartością na to co nowe. Do takiej drogi jestem bardziej w naturalny sposób przygotowany. Dodatkową inspiracją dla mnie w tym zakresie była historia dwóch śmiałków, którą pierwszy raz usłyszałem na warsztatach z zarządzania. Dwóch bohaterów, którzy postanowili wykorzystać swoją życiową szansę na zdobycie, jako pierwsi na świecie, bieguna południowego.
2. 20 milowy marsz – historia dwóch wypraw w jedno miejsce z zupełnie innym zakończeniem
Na początku XX wieku świat ciągle miał jeszcze białe plamy do odkrycia lub zdobycia. Jedną z nich był biegun południowy – najbardziej niegościnne miejsce na Ziemi. Nie istnieją tam drogi, ludzie ani życie. Zwłaszcza w tamtym czasie, to był właściwie tylko bezkresny śnieg, wiatr i mróz. A jednak dwóch ludzi postanowiło tam dotrzeć. Roald Amundsen i Robert Falcon Scott. Ten sam czas, dwie różne wyprawy. Dwa odmienne podejścia. Jeden cel.
Roald Amundsen, 39-letni Norweg, był ucieleśnieniem przygotowania. Przejechał rowerem trzy tysiące kilometrów z Norwegii do Hiszpanii. Studiował mapy. Trenował wysiłkowo w śniegu i niskich temperaturach. Mieszkał z Eskimosami, którzy nauczyli go, że prawdziwa siła nie leży w pośpiechu, ale w rytmie, pokorze i dopasowaniu do natury. Nauczył się używać ich ubrań, eksperymentował z jedzeniem surowego mięsa. Zrozumiał, że przetrwają nie ci, którzy walczą z żywiołem, ale ci, którzy potrafią z nim współistnieć.
Amudsen zorganizował swoją wyprawę z niemal chirurgiczną precyzją. Zabrał 3 tony zapasów dla zaledwie 5 osób załogi. Cztery termometry, które kontrolowały warunki podczas wyprawy. Po doświadczeniach u Eskimosów, wybrał psy jako główną siłę pociągową. Psy ciągnęły sanie szybko, były odporne na zimno i potrafiły przetrwać tam, gdzie koń lub inne zwierzę pociągowe by padło. Każdy magazyn żywności jaki zostawiał na drodze był oznakowany nie tylko flagą, bo tę mógłby łatwo przeoczyć podczas powrotu, ale kilkoma tyczkami w szerz i całym szlakiem prowadzącym do niego – konsekwentnie wbijał w śnieg czarne tyczki co 12 kilometrów, by nawet w zamieci znaleźć drogę. Każdego dnia pokonywał dokładnie 20 mil – ani mniej, ani więcej. Gdy warunki były sprzyjające, nie przyspieszał. Gdy nadchodziły burze i zamiecie nie zatrzymywał się – przesuwał się choćby o kilka mil dziennie, bo wiedział, że w takich warunkach dyscyplina, trening odporności i rytm są ważniejsze niż zrywy.
Z kolei Robert Falcon Scott, 41-letni Brytyjczyk, działał z rozmachem. Promował wyprawę medialnie, zbierał środki i wybrał to, co wydawało się nowoczesne i szybkie: sanie spalinowe i kucyki. Scott zabrał 1 tonę zapasów na 17 ludzi i jeden termometr. Zostawiał właściwie jedną flagę przy każdym magazynie. Warunki podczas całej drogi na biegun są takie, że nie ma tam trawy, czy paszy potrzebnej dla zwierząt roślinożernych, trzeba ją zabrać ze sobą. Niestety, sanie spalinowe w tamtym czasie były niesprawdzonymi nowinkami, a więc psuły się, silniki zamarzały, a kucyki – zwierzęta ze stepów – zapadały się w śniegu, pociły, co przy dużych mrozach przyspieszało wychłodzenie, ponadto nie mogły jeść mięsa, a zapasy karmy szybko się skończyły, więc zaczęły padać z wycieńczenia w drodze. Gdy pogoda była dobra, Scott ruszał z impetem – zdarzało się, że wraz z zespołem pokonywali nawet 80 mil dziennie. Natomiast gdy przychodziła burza – zostawali w namiocie. Zatrzymywali się i odpoczywali, nawet kilka dni.
15 grudnia 1911 roku Roald Amundsen dotarł do bieguna południowego. Zrobił zdjęcie, postawił norweską flagę i zawrócił. Nie świętował długo – liczyła się droga powrotna. Wrócił bezpiecznie do bazy 25 stycznia 1912 roku. Misja zakończona pełnym sukcesem. Żadnych strat. Żadnych dramatów. 17 stycznia 1912 roku, czyli miesiąc i dwa dni po zdobyciu bieguna przez Amudsena, pojawił się Scott… i ujrzał czarną flagę. Wiedział co to znaczy, był spóźniony. W dzienniku zapisał: „Wielkie rozczarowanie...”. Co się stało z morale ekipy, w jakim była stanie? Zmęczeni, niedożywieni, pozbawieni sił, ducha walki ruszyli w drogę powrotną. We wrześniu 1912 roku Brytyjski oddział zwiadowczy odnalazł Scotta i kompanów… martwych – 15 km od ostatniego magazynu żywności. Zamarznięte, nieruchome, milczące ciała. Pochłonął ich żywioł. Umierali jeden po drugim.
Amundsen zwyciężył, bo rozumiał, że sukces nie przychodzi nagle. Przychodzi, gdy jesteś przygotowany na trudne warunki i dobrą pogodę. Robisz swoje. Dwudziestomilowy marsz, dzień po dniu. Nieważne, czy wieje wiatr, czy świeci słońce – idziesz.
W życiu, biznesie, maratonie, wspinaczce górskiej, nauce – wygra ten, kto codziennie idzie naprzód, bez względu na okoliczności. Kto przygotowuje się lepiej niż wymaga tego sytuacja, ten kto nie liczy na „szczęśliwy traf”, tylko na strategię, plan i przygotowanie. Wielkość nie rodzi się w euforii sukcesu, ale w setkach małych kroków, które pojedynczo nie wyglądają imponująco – ale prowadzą na upragniony biegun.
Gdy jesteś otwarty, przygotowany, odważny, gdy się nie poddajesz pomimo przeciwności, gdy w końcu osiągasz swoje cele, to wtedy właśnie szansa nazywa się sukcesem.
3. Filozofia życia według kości
Szansa mieni się różnymi kolorami. Od zarania dziejów różni szamani, czarownicy i mędrcy wykorzystywali kości, kamienie, karty, czy muszle do przewidywania przyszłości. Doradzali wodzom i przywódcom, co w danym momencie należy zrobić, jakie podjąć decyzje, w jakim kierunku iść, czy też jak wykorzystać okazje. Szansa może być więc także rodzajem gry jak ruletka, blackjack, lotto, gra w kości, czy inne aktywności w tym obszarze.
Jak się dobrze zastanowić, można dojść do wniosku, że w życiu tak naprawdę nie ma niczego pewnego. Nawet nauka działa w ten sposób, że badacze trzymają się danego modelu wszechświata, aż do chwili gdy pojawi się coś nowego, co do niego nie pasuje lub lepiej opisuje rzeczywistość. Płaski świat średniowiecza zastąpił świat Kopernika.
Determinizm Isaaca Newtona zastąpiła teoria względność Alberta Einsteina, itd. Dodatkowo, jak mawiał Niels Bohr: „Wszystko co nazywamy rzeczywistym, składa się z elementów, które nikt nie uznałby za rzeczywiste”. Balansowanie między losowością, a pewną stabilizacją do której dążymy jest naturalnym procesem nazwanym życiem.
Gdy zacząłem pracować dla firm międzynarodowych musiałem zadbać o swój angielski. Rozglądałem się więc za jakimś dobrym native speakerem, aby ćwiczyć na odpowiednim poziomie. Po kilku spotkaniach trafiłem na Williama, młodego Anglika, który przez kilka lat był policjantem w Londynie, a potem postanowił zrzucić mundur i jeździć po różnych krajach ucząc angielskiego. Tak się złożyło, że mieliśmy prawdziwe „FLOW” w naszych rozmowach. Dużo rozmawialiśmy o muzyce, brytyjskim roku, skandynawskim jazz’ie, o niezwykłych miejscach, w których William bywał, oraz o książkach i fascynacjach. Podczas naszych rozmów zdarzało się, że czasami rzucał kostką. Na początku wydawało mi się to naturalną formą zabawy, jednak czasami jak miał na coś odpowiedzieć zastanawiał się przez chwilę, rzucał kostką i odpowiadał, w końcu zapytałem go o co chodzi z tą kostką. Odpowiedział enigmatycznie, przeczytaj książkę, którą Ci polecę, jak ci się spodoba to odpowiem, jak nie – to nie ma sensu zawracać sobie tym głowy.
Książka nosiła tytuł „The Dice Man” (Kościarz). Przeczytałem jednym tchem. Byłem pod wrażaniem. Gdy wróciłem do Williama, miałem już swoją kość przy sobie. Przypomniałem sobie, że jak za pierwszym razem zapytałem go dlaczego będąc policjantem postanowił uczyć angielskiego i właściwie tułać się po świecie, jego tłumaczenie było płytkie i zdawkowe w stylu, bo wtedy miałem taki pomysł. Teraz jednak byłem pewny, że to coś innego.
Wchodząc na spotkanie już od drzwi rzuciłem, Twoje odejście z Policji to „rzut kostką” prawda? Uśmiechnął się i zamiast odpowiedzi wyrecytował z pamięci: „Dla większości ludzi, życie to wysepki uniesień w oceanie nudy, a po trzydziestce ziemię widuje się z rzadka. W najlepszym razie kluczymy od jednej mierzei do drugiej, aż w końcu znamy każde ziarenko piasku jakie widzimy codziennie na naszej drodze, NUDA”. „Kościarz” Luke Rinehart.
– A więc jesteś „Kościarzem”?, zapytałem. W zasadzie bardziej stwierdzając niż pytając. Czy wciąż są też inni? Czytałem, że po wydaniu książki było wielu naśladowców. Ludzi, którzy zaczęli iść przez życie ścieżką „kości”.
– Tak, odpowiedział William, w moim środowisku w Anglii, było całkiem sporo osób, które wybrały taką drogę. Po wydaniu książki w 1971 roku, powstała nawet cała spora subkultura ludzi, którzy zaczęli się tą ideą kierować w życiu. Ponownie zaczął cytować „Chodzi o to, aby przywrócić życiu tę samą świeżość przeżyć, jaką doświadczamy kiedy nasze bose stopy zetkną się z ziemią o świcie i widzimy jak promienie słońca przebijają się przez korony górskich drzew niczym błyskawice, kiedy dziewczyna podaje nam usta do pocałunku, kiedy szansa nagle z pełnym impetem wpada Ci do głowy, zmieniając w mgnieniu oka porządek całego życia” „Kościarz” Luke Rinehart
– WOW, powiedziałem, jest jakiś oficjalny zbiór zasad?
– William zaczął: jak wiesz, „filozofia życia według kości” oznacza pełną zgodę na rozwijanie życia kierowanego przez rzut kostką do gry. Jest to rodzaj kontrolowanego przypadku. Zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję wypisujesz sześć alternatyw dla danej decyzji, problemu, działania czy odpowiedzi. Zgodnie z numerami kości do gry od 1 do 6. Każdej liczbie przypisujesz odpowiednią alternatywę. Weź pod uwagę, że to Ty je wypisujesz, więc od ciebie zależy jakie one będą. Jaki zakres zmian czy ryzyka w nich zapiszesz. Są tylko dwie zasady. Pierwsza: nigdy nie twórz opcji, której potem nie zechcesz zrealizować, druga: rzucasz tylko raz dla danej sprawy i przystępujesz natychmiast do jej realizacji, tj. tej opcji, która wypadła. Robisz to bez wątpliwości i chwili wahania! Jest to równocześnie technika i szansa, która może pomóc w przełamywaniu rutyny i odkrywaniu nowych aspektów samego siebie. W ten sposób zaczynamy kierować swoim życiem, podejmując decyzje zgodnie z wynikami rzutu kostką. Z czasem jesteśmy odważniejsi, wpisujemy większe wyzwania i dobrze się bawimy. We wszystkich ważnych decyzjach stosuję 6 alternatyw. Przy prostych np. kurczak czy schabowy na obiad od 1 do 3 znaczy kurczak, od 4 do 6 znaczy schabowy. Nigdy nie zmieniam tego, co wypadło w rzucie kostką.
– Dobrze, tylko no, wiesz, w książce dochodzi do ekstremum. Jakim więc „Kościarzem” jesteś?, Ekstremalnym, czy też masz jakieś zasady.
– Spokojnie, uśmiechnął się William, dla mnie jest ważne, to co opisałem na początku, świeżość, taki rodzaj chanllenge’owania samego siebie, wybijania z rutyny.
– Ok., rozumiem, a więc Policjant z Anglii, który stał się nauczycielem angielskiego w Polsce, to decyzja kości?
– Tak, mogę ci odtworzyć tamte moje warianty wyboru:
1 - pozostanie na służbie2 - pozostanie na służbie i aplikowanie do szkoły oficerskiej
3 - powrót na studia prawnicze, jak chciała mama
4 - zrzucenie munduru i wyjazd do wybranego kraju (przez rzut kostką), aby uczyć angielskiego na 3 lata
5 - zatrudnić się jako kapitan lub drugi oficer na statku handlowym (mam uprawnienia)
6 - wyjazd jako wolontariusz do Afryki na 3 lata.
Jak się domyślasz wypadła „4”, ciągnął William. Drugi rzut kostką dotyczył kraju, wypadła „2”, gdzie była właśnie Polska, więc jestem, uśmiechnął się. Został jeszcze rok z ostatniego rzutu, potem będę rzucał ponownie.
Nie pamiętam ile minęło czasu od tej rozmowy, bo widzieliśmy się jeszcze wiele razy, pewnego dnia William nie odebrał i nie oddzwonił. Po kilkukrotnych próbach kontaktu napisał tylko „4 – Singapur”. Uśmiechnąłem się. Napisałem – „Szczęśliwych rzutów”. Od tamtej pory już go nie widziałem.
Czy zostałem „Kościarzem”? Nie, jednak wiele razy wykorzystywałem tę technikę ponieważ ma kilka ciekawych zalet. Najważniejsza to fakt, że zmusza do tego, aby wypisać 6 różnych opcji, a to również 6 różnych szans, z czym wielu ludzi ma problem. Z reguły zakleszczamy się na jednej, góra dwóch alternatywach i nie widzimy więcej możliwości. W mojej grze kostką stosowałem takie reguły, że pierwsze trzy opcje nie wymagały dużych zmian, natomiast następne trzy były dla mnie wyzwaniem, wymagały wyjścia ze strefy komfortu. Kilka dobrych decyzji udało mi się tak podjąć.
Choć przez jakiś czas bawiłem się przednie, jak w przykładzie poniżej, np. wchodząc do kawiarni wypisywałem:
1. Kawa i sernik2. Kawa i szarlotka
3. Kawa
4. Poproszę o wrzątek
5. Stawiam kawę, pierwszej osobie jaka wejdzie do kawiarni
6. Robię dziesięć przysiadów i wychodzę
Technika „Drogi według kości” nieco zmodyfikowana może być bardzo ciekawa, ponieważ łączy losowość z poszukiwanie szans, znajdowaniem wielu opcji, dając dreszczyk emocji i swoisty challenge dla danej osoby. Do dziś przy ważnych decyzjach pamiętam, aby rozpisać więcej wariantów zanim podejmę decyzję.
4. Czekamy na wielki moment, ale możemy przeoczyć właściwy moment
Spotkałem raz w lesie rano dwie drogi, wybrałem tę mniej uczęszczaną, reszta się wzięła z tego, że to ją wybrałem
Robert FrostGdy po 17 latach pracy dla dużych firm i korporacji, postanowiłem wystartować swoją firmę doradczą, wszyscy mi mówili, że to nie jest dobry moment. Kto otwierał firmę od zera wie, że statystyka jest nieubłagana, bo do 5 lat zamyka się ponad 60% firm. W przypadkach, gdy menedżer odchodzi z firmy, aby otworzyć własną firmę doradczą, w 80% do trzech lat wraca do korporacji. Nauczyłem się, aby działać pomimo lęku i niepewności.
Gdy startowaliśmy nasz projekt trwał jeszcze kryzys finansowy, rynek był niestabilny. Pewnego razu siedziałem akurat w biurze, gdy wpada mój wspólnik. Widzę, że jest zdenerwowany.
– Słuchaj, łapie oddech – kolejnych dwóch wiodących klientów ze stałymi zlecaniami właśnie wypowiedziało umowy.
Były to firmy z obszaru automotive, gdzie mieliśmy stałe zlecenia, a kryzys finansowy dotknął ten obszar szczególnie. Wiedzieliśmy, że to może nastąpić.
– Instynktownie rzucił … i co my teraz zrobimy?
Zastanowiłem się przez chwilę i odparłem.
– No wiesz, może to co z reguły polecamy w takiej sytuacji naszym klientom!
– Czyli co? Spojrzał zdezorientowany?
– Zastanów się. Mamy właśnie sytuację kryzysową, co w takich sytuacji robimy?
I to był dobry początek. Pracując dla dużych międzynarodowych organizacji spotkałem się praktycznie ze wszystkimi podejściami odnośnie strategii. Pracowaliśmy więc nad tym jak połączyć nasze duże doświadczenie z potrzebami naszych klientów w dynamicznych, zmiennych czasach, gdzie stałość była coraz mniejszą wartością. Chodzi o to, aby strategia była dynamicznym generatorem szans, a nie opracowaną przy dużym nakładzie wysiłku i środków sztywną ramą. Coś co byłoby uniwersalne dla firmy oraz dałoby się łatwo przenieść na obszar naszego życia. Tak powstała koncepcja STOP-LOOK-GO!®, a dokładnie jak jest w logotypie STOP, LOOK around, GO!).
Nasza historia z kryzysu finansowego powtórzyła się również w covidzie. Jednego dnia z naszej firmy wyparowały wszystkie zlecenia z działu szkoleń. Tym razem wiedzieliśmy co zrobić. Procowaliśmy wykorzystując naszą metodologię. Przez dwa dni analizowaliśmy sytuację, obserwowaliśmy co robi rynek, jak reagują klienci, jakie są dostępne technologie. Na koniec mieliśmy mapę działania. Wiedzieliśmy, że nie chcemy prowadzić szkoleń online w taki sposób, w jaki robił to cały rynek. Gdzie trener siedzi przed komputerem i robi szkolenie mówiąc do ekranu i pokazując prezentację. Chcemy zrobić to inaczej. Postanowiliśmy, że nasze warsztaty będziemy realizować w postaci interaktywnego studia. Dwa tygodnie zajęła nam budowa samego studia wraz z testami. Dzięki temu nasi klienci, zwłaszcza ci korporacyjni, nagrywali nas i wysyłali video z naszych warsztatów do swoich central, wskazując, że takich szkoleń online jeszcze nie widzieli i takich warsztatów właśnie chcą. Czuli się jakby byli na sali szkoleniowej lub w studiu telewizyjnym, a cały dzień mijał im niezauważenie. Dzięki temu mieliśmy w tym czasie nawet więcej zleceń niż poprzednio.
Aby w biznesie szybko biec trzeba umieć się zatrzymać!
5. Przepis na szansę STOP-LOOK-GO!® (…) – zobacz w książce
Złap "SZANSĘ" w swoje ręce!
Każdy z nas w pewnym momencie życia staje na rozdrożu. Czasem to nagły kryzys, innym razem – pozornie mało znacząca decyzja. Bywa, że szansa pojawia się cicho, w przebraniu problemu, a nawet porażki. Szansa może być też strategią na życie i biznes, bo tworzenie szans, wykorzystanie szans jest również ścieżką do sukcesu.
W tym inspirującym zbiorze prawdziwych, poruszających historii, 24 autorów – ekspertów, przedsiębiorców, liderów, pasjonatów – dzieli się swoją drogą, błędami, sukcesami i strategiami, które pomogły im wykorzystać swoje SZANSE w rzeczywistość – m.in. Brian Tracy, Andrzej Kochanek, Sebastian Kotow, Grzegorz Turniak i inni – pokazuje, jak rozpoznawać nadarzające się okazje i przekuwać je w konkretne rezultaty. Każdy rozdział to osobiste studium przypadku. Odkryj gotowy przepis, który pomoże ci zamienić przypadek w przewagę – w pracy, biznesie i życiu codziennym.

Zamów:
Książka Papierowa: https://pasja.4value.com.pl/pro.../ksiazka-szansa-papierowa/
Oferta dla firm: https://pasja.4value.com.pl/produkt/pakiet-dla-firm/
#Szansa, #KsiążkaSzansa, #Szansanasukces, #Szansażyciowa, #BrianTracy,
Autor: Andrzej Kochanek 4VALUE





